diabeu blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2004

051-small.jpg

[Cholerny Młynarski. Właśnie koncertuje w telewizji. Szkoda, że tyle smutku przywołuje.]

050-small.jpg

Przeniesienie sześciu obrazów z uczelni na Powiśle, to zadanie iście tytaniczne. Dobrze, że jeden z tytanów postanowił mi pomóc.

049-small.jpg

Wczoraj dIABła wypuszczono z pracy wyjątkowo wcześnie. Nastrój dIABła był dość chmurny, więc postanowił poprawić sobie humor. Wyszedł z pracy, przystanął, zwrócił pysk w kierunku nieba i przez kilka chwil pozwolił by płatki śniegu swobodnie na niego opadały.
Następnie poszedł dIABEU sam do restauracji by zjeść wreszcie porządny obiad. Zjadł, poczytał chwilę książkę, a następnie udał się na zakupy. W Trafficu dIABEU kupił „Porę Mgieł” i dwie płyty Queens of the Stone Age – „Restricted” i „Songs for the Deaf”, by dalej kontynuować chlubną tradycje śledzenia kariery członków zespołu Kyuss. Jako, że do treningu miał jeszcze dwie godziny udał się do Centrum Sztuki Współczesnej. Lecz nie by zaznać estetycznej uczty. dIABEU wszedł do przedsionka sanktuarium i z bezwstydnie konsumenckim uśmiechem oznajmił sługom Sztuki: „Chciałbym kupić tą koszulkę, która tu wisi, mam nadzieję, że są na sprzedarz.” Były.
Dzień wczorajszy dIABEU spędził dalej realizując swoją chętkę na materię. Chętkę, by materię uciskać, by materię ssać, by materię gryźć, by materię lizać, w materii się wytarzać i materię oblepić sobą, by materię lżyć i stać się materii najwierniejszym sługą.
I dIABła wewnętrzny Behemot mógł powiedzieć dIABła wewnętrznej Kaliope: „Wódka?! Nie śmiał bym proponować damie. To czysty spirytus!”
Potem dIABEU poszedł na trening, gdzie napięcie z całego tygodnia zostało rozładowane intensywnym wysiłkiem i grą w roda. Potem dIABEU w drodze do klubu Indeks wraz z capoeiristas wypił bezczelne piwo w autobusie, w Indeksie drugie, w Quorum trzecie, w Kicz-Pubie czwarte, a może i piąte… u Tora i Agape szóste i siódme, grał w karty z Wenantym i Torem. Zasnął z kotami.
I tylko dręczy dIABła, że łoże wciąż zbyt zimne by zadać rozwiązłemu dniowi coup de grace. Pociesza myśl, że z czasem jakaś nieuważna niewiasta ulegnie piekielnemu czarowi, a potem kto wie, może jakieś serc uniesienia.

048-small.jpg

047-small.jpg

Od jakiegoś czasu czułem się jak antyteza %). Głównie antyteza króla Midasa, bo wszystko, czego bym nie dotknął, zamieniało się bynajmniej nie w złoto. Teraz jestem nawet antytezą siebie samego, czyli cierpiącego męki i katusze artysty, który zamyka się w ciemnej norze z butelką absyntu.
Ganiam teraz za każdym promyczkiem słońca jak kot za myszą i cieszę się na każdy następny dzień, bo diabli wiedzą co przyniesie.
Nadszedł czas na generalną zmianę podejścia. Kilka ostatnich dni spędzonych samotnie zaowocowało tym, że zamiast patrzeć na swoją sytuację w kategorii porażki spróbowałem postrzegać ją jako coś zupełnie przeciwnego. Wyzwolenia.
I co? Dostaję miłe listy, zdarza mi się zamienić kilka słów z ciekawymi ludźmi, w lustrze coraz częściej widzę wyszczerzonego, nieco głupawo diabła, panie dziennikarki uśmiechają się do mnie na korytarzu, ja odpowiadam uśmiechem.
Najwyższy czas przestać marudzić i skupiać się na tym, co stracone, a patrzeć na to co jednak „straszny i okrutny los” dał mi w prezencie, a czego żaden człowiek nie zabierze.
Na inteligentny uśmiech w lustrze jeszcze przyjdzie pora. %)

„Jeżeli chcesz, dom kominem w dół. Jeżeli chcesz chmurę lśniącym nożem. Jeżeli chcesz, niebo w dłoni zamkniesz. Jeżeli chcesz, zepchniesz górę w morze.” Kobong. Z ukłonami dla Surpiko.

046-small.jpg

Muszę się wyżalić %). Ale nie będę się wdawał w szczegóły, bo zajęło by to zbyt dużo miejsca, a i nie chce przynudzać. Ucieknę się do pomocy porównania. Ostatnio wszystko, czego bym się nie dotknął, chrzani się w sposób wręcz absurdalny, na drodze jakiejkolwiek sprawy, którą bym chciał załatwić mnożą się setki przeszkód zupełnie przypadkowych. Mam wrażenie, że jeśli będę się starał zawiązać but, to nie dość, że urwie się sznurówka, ale zaraz odpadnie podeszwa, zawali się piętro na którym mieszkam, a cała okolica okaże się skażona odpadami radioaktywnymi.
Jeśli to wszytko, to chrzest ducha czy przepustka do lepszych czasów, to godzę się na to. Ale… Panie Boże, ty zidiociały skurwysynu, MIEJ UMIAR!!!

045-small.jpg

Berimbau to instrument strunowy charakterystyczny dla brazylijskiej sztuki walki – capoeiry. Na tyle charakterystyczny i nierozłączny z nią, że stał się jej symbolem.
Składa się z długiego, giętkiego kija (verda), rozpietej na nim struny (arami) oraz przywiązanej do nich obydwu wydrążonej tykwy (cabassa), która spełnia rolę pudła rezonansowego.
Berimbau trzyma sie jedną ręką opierając cabassę o brzuch.
Gra na nim się krótkim kijkiem (vaqueta) uderzając w strunę. Wysokość dzwięku oraz jego charakter modyfikuje się małym kamieniem (pedra), a głębokość oraz inne efekty osiąga się poprzez oddalanie i przysuwanie cabassy do siebie.

Legenda mówi, że w berimbale jest zaklęte ciało kobiety. Gibka kibić tworzy verdę, a piękne, długie włosy – arami.

I to tyle, mam nadzieję, że wyczerpująco. %) Proszę tego nie traktować ewangelicznie. Mogłem się pomylić w pisowni nazw własnych, a nawet je same pomieszać %).

Jeżeli jeszcze raz ktos przy mnie będzie się zachwycał mieszkaniem w starym budownictwie, to go chyba zaduszę gołymi rękami. %)
Wczoraj, po szalonym treningu, na którym ćwiczyliśmy martelo rotado w różnych układach i wariacjach i po całym dniu pracy dopełzłem do domu. Wstawiłem wodę na kąpiel, ogrzewanie by było cieplej, ba! nawet przeczytałem instrukcję do pralki i z niewielką pomocą Agape nastawiłem dziewicze pranie moich ubrań.
W momencie, kiedy włączyłem czajnik by zrobić sobie odprężającą herbate pieprznęły korki i wszystko zgasło. Przepaliły się wszystkie na raz.
Ach, uroki starej instalacji elektrycznej, w mieszkaniu gdzie w zasadzie wszystko jest na prąd.

Było to jednakoż ciekawe doświadczenie. Warunki doskonałe do przebywania samemu ze sobą. Wziąłem długą kąpiel w nemalże całkowitej ciemności i ciszy. Jedynym żródłem światła był trupi płomyk z piecyka gazowego, a jedynym dzwiękiem chlupot wody.
Grabarz zażartował, że teraz mogę wziąć berimbau i grać „dIABEU unplugged”. Tak też zrobiłem. Rozpakowałem go, naciągnąłem i półtorej godziny wsłuchiwałem się w jego brzmienia i wibracje. Myśli rozpuściłem swobodnie i z czołem na verdzie, policzkiem na cabassie wpadłem w swoisty trans.

A dzień dziś wstał jasny jak cholera. Całe Powiśle wygląda jakby Anteusz z Atlasem wzięli garniec białej emulsji akrylowej i chlusnęli nim w świat.

044-small.jpg

043-small.jpg

W horoskopy nie wierzę. Ale wierzę mojej, poniekąd, osobistej wróżce. Jej zdrowemu rozsądkowi i intuicji. A oto co powiedziała:
„Skorpiony będą się czuły najlepiej w licznym towarzystwie. Przebywanie samemu ze sobą też jest sztuką, nad którą powinnyście popracować. Czasami trzeba skonfrontować się ze swoimi obawami, nawet gdy jest to bolesne. Odwagi!”
Panie, Panowie, koniec z łajdaczeniem się, bumelowaniem i łażeniem po knajpach. Czas na podróż wgłąb siebie, bez linek asekuracyjnych. Avanti!

042-small.jpg

Na plakacie do ostatnich „Redekonstrukcji” (lutowych) był rozłożony na części niemiecki karabin maszynowy z II wojny światowej. Reelcash zlecił mi zaprojektowanie plakatu na najbliższe „Redekonstrukcje” (marcowe, dokładniej dwunastomarcowe w lubleskiej „Centrali” – tak, to jest reklama %)). Zamówienie było bardzo konkretne i sprecyzowane: na plakacie ma się znależć perwersyjna laleczka w stylu anime, najlepiej z elementami BDSM lub shibari.
Po pierwszych szkicach, zapoznaniu się z materiałem źródłowym w celu przyswojenia stylu oraz zmierzeniu się z własną wybujałą fantazją (zataczającą szerokie kręgi na terytorium pornografii), spotkałem się z Torem i kompaniją wczoraj w „Quorum” na konsultacje.
Po burzliwych naradach, w które
największy wkład mieli Basia i Toro, musiałem zrewidować wstępny obrazek i podejść do niego nie jak do historyjki opowiadanej w jednej odsłonie, ale jak do plakatu, do diabła!
Tematyka skłania do różnych wędrówek myśli w rejony nieprzyzwoite, ale w końcu jestem zawodowcem i nie powinienem wpadać w takie (urocze skąd inąd) pułapki %).
Wkrótce premiera.
A wniosek? W kanjpie całkiem przyjemnie sie rysuje. %)


  • RSS